Wstaję rano i widzę sufit swojego pokoju. Płakałam całą noc, nawet liczenie nie pomagało. Czułam się jak tamtej nocy dziewięć lat temu gdy moja jedyna przyjaciółka odchodzi. Siostra. Nadal nie mogę tego przeżyć. Zostawiła mnie dla faceta! Cieszę się, że jej ukochany nie żyje. Ma suka za swoje. Idę do łazienki i odpalam papierosa. Palę go szybko, jednocześnie czeszę się w niesfornego koka. Schodzę na dół i jak co rano widzę tam Justina próbującego coś ugotować. Jestem jedynie w bluzce odkrywającej pół tyłka i majtkach, jednak nie krępuję się. Nie jestem typem wstydliwej dziewczyny.
-Co jesz?- pyta jak zwykle bez żadnego powitania.
-Nic, nie jestem głodna. Gdzie jest sok?
-Wczoraj też nic nie jadłaś.
-Skąd możesz to wiedzieć? Miałeś wolne.
-Służące mi powiedziały. Siadaj do stołu.
-Nie- zakładam ręce na pierś.
-Co powiedziałaś?- warczy surowo i ciągnie mnie na swoje kolana.
-Puszczaj mnie- piszczę.
-Jak zjesz to zejdziesz.- patrzę na talerz, zrobił jakiegoś omleta.
Nie chętnie chwytam widelec i biorę kawałek do ust przeżuwając wolno.
-Fajkami pachniesz- stwierdza.
-Ty też nie śmierdzisz gównem, ale jakoś się nie skarżę- syczę pod nosem a on się napina. Wkurwiający chłopak z niego, jednak mimo wszystko gryzie się w język.
-Gdzie jest tata?- pytam po chwili ciszy.
-Pojechał po jakąś dziewczynę.
-Lillie- szepczę.
-Tak chyba miała na imię. Kto to jest?- pyta ciekawy.
-Moja starsza o osiem lat siostra.
-Ahh- drapie się nerwowo po karku.- Przypomnij, ile masz lat?
-Siedemnaście idioto. Dodaj to sobie, o ile to dla ciebie nie za dużo.
-Uważaj na słowo Kin, mam stalowe nerwy, ale do ciebie powoli brak mi cierpliwości
Prycham wściekła.
-Pozwolisz mi już odejść?- pytam.
Wciąż siedzę mu na kolanach, a on obejmuje mnie obiema rękoma w pasie bym nie mogła mu uciec. Kręcę się niecierpliwie i patrzę na omlet. Nie chcę jeść więcej, obawiam się skoku wagi. Nienawidzę tyć, Wcześniej nikt nigdy mnie nie pilnował co do jedzenia. Wcześniej miałam ochroniarzy, którzy byli ze mną tylko jak chciałam gdzieś wyjść. Od mojej ostatniej ucieczki z domu tata ponownie przydzielił mi ochroniarza i z bólem muszę przyznać, że Justin Bieber jest sprytny równie jak ja. Mieszka w moim domu, więc może mnie pilnować i niestety robi to sumiennie.
-Nie zjadłaś nawet połowy.
-Nie mogę już. Masz mnie tylko chronić, niech cię nie interesuje ile jem.
-Mam cię pilnować żebyś nic głupiego nie robiła. Kinder jesteś za chuda, zdecydowanie. Jedz to do końca, albo cię nakarmię.
Wzdycham ciężko i ponownie chwytam widelec. Jem w ciszy udając obrażoną.
-Ohh, ależ ty dojrzała.
-To nie ja jestem po dwudziestce. A mogę zjeść tylko do połowy?
-Mam się zacząć martwić?- odwracam zdezorientowana twarz w jego stronę i pytająco unoszę brew.- Chodzi mi o to, czy mam się martwić o to ile jesz. Ty praktycznie nie ważysz. Gdyby nie twój niewyparzony język zapomniałbym, że mam cię na kolanach. Nie, nie możesz zjeść połowy. Masz dziesięć minut by to zdjęć, albo cię nakarmię.
Ostatni raz wzdycham i już ostatecznie biorę się do jedzenia. Od kiedy on do cholery zrobił się taki opiekuńczy?
***
Reszta dnia mija dość spokojnie. Do wieczora nie wiele się dzieje, pozwalam Justinowi zaprosić jego najlepszego przyjaciela- Chaza. Justin ma prawo zapraszać tu swoich przyjaciół tylko za moim pozwoleniem, a bruneta bardzo lubię. Z resztą gdy oni siedzą w salonie mogę robić co chcę i mieć spokój we własnym pokoju. Bieber wchodzi co jakiś czas do mnie i sprawdza co robię. Ostatnim razem mu spieprzyłam, potem zostałam porwana, uratował mnie, bla, bla, bla. Jednak od momentu imprezy coraz lepiej się dogadujemy. Chłopak ponownie wchodzi do mojego pokoju, leżę na łóżku z telefonem.
-Sprawdzasz czy ci nie uciekłam?- pytam nie spoglądając na niego;
-Jeśli mam być szczery to tak. Chociaż usłyszałbym. Masz alarm w oknach.
-A mimo to udało mi się uciec kilka razy- uśmiecham się wrednie.
-Młoda nie chcę ci robić teraz awantury, więc po prostu się ucisz. Twój tata z siostrą będą za godzinę.
Napinam wszystkie mięśnie i zaciskam dłonie w pięści kiwając głową. On wraca do salonu a ja podrywam się z miejsca i zaczynam chodzić nerwowo po pokoju. Nie widziałam jej dziewięć lat, a teraz tak nagle z dnia na dzień ma u nas zamieszkać. Tata mówi, że to "tylko" dwa tygodnie. O czternaście dni za długo.
Mija nie cała godzina, siedzę z Justinem w salonie i udaję, że oglądam program w telewizji. Nagle słyszę jak otwierają się drzwi. Podrywamy się z siedzenia. Tata wpuszcza ją przodem. Nadal ma długie, zgrabne nogi, jednak z wiekiem urosły jej piersi i trochę przybrała na wadze. Wciąż ma jasne blond włosy, pełne, malinowe usta i zielone oczy. Za nią wchodzi tata, po iskierkach w jego oczach widzę, że jest szczęśliwy. W jej oczach widzę żałobę. Justin pochodzi, wita się z ojcem i jej się przedstawia. Ojciec jak to on, wychodzi do gabinetu.
-Na ile zostajesz Lillie?- pyta Bieber.
-Dwa tygodnie, potem przenoszę się do bezpieczniejszego miejsca. Nie chcę wam tworzyć zagrożenia.
-Spokojnie, nikt cię tu nie trzyma. Możesz wyjechać nawet dzisiaj- uśmiecham się wrednie w jej stronę a ona robi minę jakby dopiero co mnie dostrzegła.
-Kin, kochanie- widzę jak jej oczy się szklą, próbuje do mnie podejść jednak ja się odsuwam.
-Nie dotykaj mnie- warczę po cichu.
-Jesteś moją siostrą, to takie dziwne, że cię przytulę?
-Ja nie mam siostry!- krzyczę.
Korzystając z tego, że drzwi i brama są otwarte wybiegam z domu.
-KINDER!- wrzeszczy Justin.
Słyszę jak biegnie więc robię to samo. Wbiegam w ciemne ulice, które jednak znam jak własną kieszeń i po chwili jestem na opuszczonych torach. Ubrana w jeasny przed kostkę, Vansy i bluzę. Nie jest to odpowiedni strój na jesienny, chłodny, deszczowy dzień. Nie wiem ile czasu biegłam, gdzie jestem i jak daleko od domu. Nie obchodziło mnie to, nie chciałam tam wracać. Wolałam zdechnąć na tych torach. Póki co mam ledwo otwartą paczkę Marlboro i zapalniczkę. Robię więc z tego użytek i już po chwili zaciągam się dymem. Po dość długiej drodze siadam na wilgotnych torach i wybucham niekontrolowanym płaczem. Była taka piękna jak kiedyś. Jednak już nie tak szczęśliwa a jej widok nie przepełniał mnie już miłością.
Siedzę tu już na pewno jakiś czas, ale nie więcej niż dwie godziny. Marznę bardzo, jednak rozgrzewają mnie łzy. Słyszę kroki i nawoływania.
-KINDER!
To głos Justina, w oddali widzę jego niewyraźną sylwetkę. Podnoszę się i usiłuję mu uciec. Niestety jest za szybki. Przyciąga mnie do siebie z taką siłą, że boleśnie uderzam o jego tors i przytrzymuje moje ręce.
-Spierdalaj- warczę i próbuję się wyrwać, on ze spokojem wzmacnia uścisk i chyba czeka aż się uspokoję.
-Wracamy do domu Kinder.
-Nie wrócę tam, nie do niej. Wolę tu zamarznąć- krzyczę w jego stronę, on bierze mnie na ręce jak małą dziewczynkę.
Szarpię się jak nigdy się nie szarpałam. Niestety nie mam z nim szans, jest o wiele silniejszy. Po jakimś czasie poddaję się i uspokajam. otwiera drzwi od samochodu, zapina mój pas po czym zajmuje miejsce kierowcy.
-Dlaczego tak jej nienawidzisz?
-Mogę ci powiedzieć- olśniewa mnie- ale pod jednym warunkiem. Ty też mi szczerze odpowiesz na jakieś pytanie.
Zastanawia się chwilę po czym mówi:
-W porządku.
-Miałam osiem lat, zawsze ją kochałam bardzo mocno. Była moją siostrą i jedyną przyjaciółką. Przyszła do mnie w środku nocy a następnego poranka wyjechała bez pożegnania. Nie pojawiła się nawet na pogrzebie mamy- opowiadam z bólem.- Nigdy nie zadzwoniła, nie napisała. Rozważałam różne opcje, że nie żyje, jest śmiertelnie chora lub została porwana. Jednak prawda okazała się inna. Jest pewien gang, "Uncivil" największy wróg mojego taty. Porwali ją kiedyś, tam poznała jakiegoś faceta. Zakochała się i wyjechała, teraz gdy on zginął nagle pragnie nas wszystkich zobaczyć- z bólem zamykam oczy.- Nic nie mów, nie komentuj. Teraz moja kolej. Pełna szczerość?
-Jasne.
-Co się wydarzyło w twojej przeszłości przez co dziś jesteś członkiem jednej z najgroźniejszych mafii?
sobota, 6 lutego 2016
środa, 20 stycznia 2016
Life is hard- Rozdział 6
-Tato?- wychrypiałam cicho.
-Kinder...- westchnął.- Usiądź.
-Co się stało? Czy ty płaczesz?
Ostani raz widziałam płaczącego ojca na pogrzebie matki cztery lata temu.
Była to kameralna uroczystość. Stałam na samym przodzie tuż obok ojca, który wpatrywał się w sylwetkę księdza. Trumna została już zamknięta, patrzyłam na nią pustym wzrokiem czując nienawiść do każdej żywej osoby w pobliżu. Nie było ich wiele, gdyż nie chcieliśmy wielkiego pogrzebu. Tylko ci najbliżsi. Zamknęłam z bólem oczy, moja szczęka drżała, trzęsłam się od łkania. Czarne, ciemne okulary spoczywały na nosie. W ręce ściskałam czerwoną różę, której kolce raniły moją skórę. Jednak nie czułam tego, ból psychiczny niszczył mnie od środka. Lekki wiatr targał moją spódniczką, niebo było smutne a w oddali słyszałam łkania pełne bólu. Moja mama była bardzo szanowaną, dobrą i lubianą osobą, i pomogła w swoim życiu wielu osobom. Nie wyobrażałam sobie dalszego życia bez niej. Mocno zacisnęłam powieki, trumna została opuszczona dwa metry w dół. W tym momencie zgięłam się w pół i nie wytrzymałam. Szloch wydobył się z gardła, za to ojciec wciąż stał niewzruszony. Widziałam jednak, że cierpi. Objął mnie automatycznie ręką w pasie. Ludzie po chwili zaczęli się rozchodzić, my staliśmy tam dopóki cmentarz nie opustoszał.
-Żegnaj mamusiu- wyszeptałam i położyłam różę u stóp jej grobu. Moja dłoń krwawiła i piekła a samotne łzy zaczęły wolno płynąć po policzkach taty.
-Kin.. Usiądź proszę- mówi swoim prawdziwym głosem, zupełnie nie pasującym do groźnego szefa mafii. Patrzę na niego w skupieniu- Spójrz na te papiery proszę, przeczytaj.
Moja dłoń drży gdy chwytam między smukłe palce jedną z kart. Jest to akt urodzenia. Nie mój, nie taty. To akt dziewczyny o imieniu Lillie Grande. Rzucam to natychmiast ta stół, jakby parzyło.
-Nie chcę o niej słyszeć. Rozumiesz?! To nie jest moja siostra!- warczę cicho pod nosem.
Długonoga, wysoka blondynka o smukłej talii patrzy na mnie uważnie. Spoglądam na nią zdziwiona, jest lato, 2005 roku mam wówczas zaledwie osiem lat i leżę w łóżku gdy budzi mnie siostra. Jest środek nocy a ona była rzekomo przez ostatnie trzy tygodnie na kolonii.
-Lillie pobawimy się?- pytam zadzierając głowę w górę by na nią spojrzeć. Nie jest ważne, która godzina, jestem dzieckiem. Jest ona starsza o całe osiem lat. Spogląda na mnie uważnie i głaszcze po policzku.
-Kin, szkrabie. Bardzo cię kocham, pamiętasz o tym?- kiwam głową nie rozumiejąc o co jej chodzi.- Zawsze będziesz moją malutką siostrzyczką.
-Czemu płaczesz?- pytam widząc łzy płynące po jej bladych policzkach.
-Kochanie muszę wyjechać. Nie mogę tu dłużej zostać.
-A-ale...czemu?! Zostań!
-Kocham cię. Pamiętaj cokolwiek się nie stanie bądź dobra- szepcze mi do ucha i głaszcze po włosach.- Idź spać myszko. Kiedyś się wszystkiego dowiesz.
-Nie zostawiaj mnie- piszczę roztrzęsiona.- Wrócisz?
-Obiecuję- całuje mnie w czubek głowy i głaszcze ponownie. Kładę się do łóżka i zamykam oczy a ona daje mi całusa w policzek.- Byłaś jedyną osobą, którą szczerze kochałam w tym domu. Jutro jak się obudzisz mnie już nie będzie. Nie mów rodzicom o naszej rozmowie dobrze?
-Dobrze. Opowiesz mi bajkę?
-Innym razem słońce.
-Obiecaj- proszę, słyszę jak łamie się jej głos i pociąga nosem.
-Obiecuję kochanie. Żegnaj. Dobranoc...
Czuję ostatni całus na swojej grzywce po czym z pod pół otwartych powiek obserwuje jak wychodzi. Wychodzi i nigdy nie wraca.
Dziś minęło dziewięć lat. Liczę siedemnaście wiosen, a cztery lata temu umarła mama. Był to kwiecień 2010 roku. Łudziłam się, że zobaczę moją siostrzyczkę. Tęskniłam za nią kiedyś strasznie. Aż właśnie do tej tragicznej daty. 04.04.2010 rok a ona nie pojawia się na pogrzebie własnej matki. Z dzieciństwa pamiętam, że rzeczywiście często się kłóciła z rodzicami jak to każda nastolatka. Nie mam pojęcia czemu uciekła. Pamiętam jak następnego dnia po naszym nocnym pożegnaniu jej miejsce na śniadaniu było puste. Zapytałam "gdzie Lillie?" oczy mamy zaszkliły się a tata spojrzał na mnie i powiedział : " Już jej nigdy nie zobaczysz, nie myśl o niej" a mi złamało się serce. Bolało to bardzo.
-Po co mi to pokazujesz?- krzyczę w jego stronę wracając do rzeczywistości.- I czego ryczysz?!
-Posłuchaj... Lillie ona... dziewięć lat temu wpadłem w poważny konflikt z innym "gangiem" jak to ty mówisz. Pragnęli zemsty. Porwali ją, przez trzy tygodnie przetrzymywali. Ty myślałaś, że jest na kolonii. Pamiętasz, że już z niej nie wróciła? Zakochała się w synu szefa tego właśnie gangu. Uciekła razem z nim pewnej lipcowej nocy podrzucając nam list. Uszanowaliśmy jej decyzję.
-Dlaczego jej nie powtrzymaliście?!
-Byłem ślepy. Nie chciałem takiej córki, miałem ją za zdrajczynię, mama podobnie. Poczekaj, nic nie mów. Nie miałem z nią kontaktu przez te lata. Dzisiaj rano zadzwoniła. Ten jej cały mąż zginął podczas akcji. Jest w niebezpieczeństwie, chciała się pożegnać bo miała uciekać do innego stanu. Zaproponowałem jej...że przyjedzie no nas.
Zamknęłam oczy. Informacje nacierały na mnie z zawrotnym tępem. Byłam gotowa na wszystko. Tylko nie na to, że uciekła ode mnie i zdradziła rodzinę dla mężczyzny. Krzyknęłam. Był to po prostu gardłowy krzyk.
-NIE CHCĘ JEJ TU WIDZIEĆ!- ryknęłam a po moich policzkach spłynęły łzy.- Zostawiła nas!
Wyszłam z pomieszczenia. Skierowałam sie do swojego pokoju i bez zastanowienia wyjęłam wódkę oraz sok. Nie chciałam jej widzieć. Wciąż tęskniłam jednak teraz była dla mnie jedynie zdrajczynią
.

-Kinder...- westchnął.- Usiądź.
-Co się stało? Czy ty płaczesz?
Ostani raz widziałam płaczącego ojca na pogrzebie matki cztery lata temu.
Była to kameralna uroczystość. Stałam na samym przodzie tuż obok ojca, który wpatrywał się w sylwetkę księdza. Trumna została już zamknięta, patrzyłam na nią pustym wzrokiem czując nienawiść do każdej żywej osoby w pobliżu. Nie było ich wiele, gdyż nie chcieliśmy wielkiego pogrzebu. Tylko ci najbliżsi. Zamknęłam z bólem oczy, moja szczęka drżała, trzęsłam się od łkania. Czarne, ciemne okulary spoczywały na nosie. W ręce ściskałam czerwoną różę, której kolce raniły moją skórę. Jednak nie czułam tego, ból psychiczny niszczył mnie od środka. Lekki wiatr targał moją spódniczką, niebo było smutne a w oddali słyszałam łkania pełne bólu. Moja mama była bardzo szanowaną, dobrą i lubianą osobą, i pomogła w swoim życiu wielu osobom. Nie wyobrażałam sobie dalszego życia bez niej. Mocno zacisnęłam powieki, trumna została opuszczona dwa metry w dół. W tym momencie zgięłam się w pół i nie wytrzymałam. Szloch wydobył się z gardła, za to ojciec wciąż stał niewzruszony. Widziałam jednak, że cierpi. Objął mnie automatycznie ręką w pasie. Ludzie po chwili zaczęli się rozchodzić, my staliśmy tam dopóki cmentarz nie opustoszał.
-Żegnaj mamusiu- wyszeptałam i położyłam różę u stóp jej grobu. Moja dłoń krwawiła i piekła a samotne łzy zaczęły wolno płynąć po policzkach taty.
-Kin.. Usiądź proszę- mówi swoim prawdziwym głosem, zupełnie nie pasującym do groźnego szefa mafii. Patrzę na niego w skupieniu- Spójrz na te papiery proszę, przeczytaj.
Moja dłoń drży gdy chwytam między smukłe palce jedną z kart. Jest to akt urodzenia. Nie mój, nie taty. To akt dziewczyny o imieniu Lillie Grande. Rzucam to natychmiast ta stół, jakby parzyło.
-Nie chcę o niej słyszeć. Rozumiesz?! To nie jest moja siostra!- warczę cicho pod nosem.
Długonoga, wysoka blondynka o smukłej talii patrzy na mnie uważnie. Spoglądam na nią zdziwiona, jest lato, 2005 roku mam wówczas zaledwie osiem lat i leżę w łóżku gdy budzi mnie siostra. Jest środek nocy a ona była rzekomo przez ostatnie trzy tygodnie na kolonii.
-Lillie pobawimy się?- pytam zadzierając głowę w górę by na nią spojrzeć. Nie jest ważne, która godzina, jestem dzieckiem. Jest ona starsza o całe osiem lat. Spogląda na mnie uważnie i głaszcze po policzku.
-Kin, szkrabie. Bardzo cię kocham, pamiętasz o tym?- kiwam głową nie rozumiejąc o co jej chodzi.- Zawsze będziesz moją malutką siostrzyczką.
-Czemu płaczesz?- pytam widząc łzy płynące po jej bladych policzkach.
-Kochanie muszę wyjechać. Nie mogę tu dłużej zostać.
-A-ale...czemu?! Zostań!
-Kocham cię. Pamiętaj cokolwiek się nie stanie bądź dobra- szepcze mi do ucha i głaszcze po włosach.- Idź spać myszko. Kiedyś się wszystkiego dowiesz.
-Nie zostawiaj mnie- piszczę roztrzęsiona.- Wrócisz?
-Obiecuję- całuje mnie w czubek głowy i głaszcze ponownie. Kładę się do łóżka i zamykam oczy a ona daje mi całusa w policzek.- Byłaś jedyną osobą, którą szczerze kochałam w tym domu. Jutro jak się obudzisz mnie już nie będzie. Nie mów rodzicom o naszej rozmowie dobrze?
-Dobrze. Opowiesz mi bajkę?
-Innym razem słońce.
-Obiecaj- proszę, słyszę jak łamie się jej głos i pociąga nosem.
-Obiecuję kochanie. Żegnaj. Dobranoc...
Czuję ostatni całus na swojej grzywce po czym z pod pół otwartych powiek obserwuje jak wychodzi. Wychodzi i nigdy nie wraca.
Dziś minęło dziewięć lat. Liczę siedemnaście wiosen, a cztery lata temu umarła mama. Był to kwiecień 2010 roku. Łudziłam się, że zobaczę moją siostrzyczkę. Tęskniłam za nią kiedyś strasznie. Aż właśnie do tej tragicznej daty. 04.04.2010 rok a ona nie pojawia się na pogrzebie własnej matki. Z dzieciństwa pamiętam, że rzeczywiście często się kłóciła z rodzicami jak to każda nastolatka. Nie mam pojęcia czemu uciekła. Pamiętam jak następnego dnia po naszym nocnym pożegnaniu jej miejsce na śniadaniu było puste. Zapytałam "gdzie Lillie?" oczy mamy zaszkliły się a tata spojrzał na mnie i powiedział : " Już jej nigdy nie zobaczysz, nie myśl o niej" a mi złamało się serce. Bolało to bardzo.
-Po co mi to pokazujesz?- krzyczę w jego stronę wracając do rzeczywistości.- I czego ryczysz?!
-Posłuchaj... Lillie ona... dziewięć lat temu wpadłem w poważny konflikt z innym "gangiem" jak to ty mówisz. Pragnęli zemsty. Porwali ją, przez trzy tygodnie przetrzymywali. Ty myślałaś, że jest na kolonii. Pamiętasz, że już z niej nie wróciła? Zakochała się w synu szefa tego właśnie gangu. Uciekła razem z nim pewnej lipcowej nocy podrzucając nam list. Uszanowaliśmy jej decyzję.
-Dlaczego jej nie powtrzymaliście?!
-Byłem ślepy. Nie chciałem takiej córki, miałem ją za zdrajczynię, mama podobnie. Poczekaj, nic nie mów. Nie miałem z nią kontaktu przez te lata. Dzisiaj rano zadzwoniła. Ten jej cały mąż zginął podczas akcji. Jest w niebezpieczeństwie, chciała się pożegnać bo miała uciekać do innego stanu. Zaproponowałem jej...że przyjedzie no nas.
Zamknęłam oczy. Informacje nacierały na mnie z zawrotnym tępem. Byłam gotowa na wszystko. Tylko nie na to, że uciekła ode mnie i zdradziła rodzinę dla mężczyzny. Krzyknęłam. Był to po prostu gardłowy krzyk.
-NIE CHCĘ JEJ TU WIDZIEĆ!- ryknęłam a po moich policzkach spłynęły łzy.- Zostawiła nas!
Wyszłam z pomieszczenia. Skierowałam sie do swojego pokoju i bez zastanowienia wyjęłam wódkę oraz sok. Nie chciałam jej widzieć. Wciąż tęskniłam jednak teraz była dla mnie jedynie zdrajczynią
.
Subskrybuj:
Posty (Atom)