środa, 19 sierpnia 2015

Life is hard- rozdział 3

*KINDER*
Boziu moja głowa
Tak brzmiała moja pierwsza myśl po przebudzeniu się. Obok mnie leżała niemal w połowie opróżniona butelka wódki. Zamruczałam cicho pod nosem i weszłam do toalety. Gdy tylko spojrzałam na swoje ciało jedynie w bieliźnie moje źrenice rozszerzyły się. Plecy były podrapane i zdobiła je cała masa fioletowych i czarnych siniaków. Na twarzy na szczęście nie miałam śladu, chociaż zdecydowanie powinnam go mieć. Kilka sińców na ramionach i nogach. Westchnęłam i zabrałam się za czesanie włosów w kucyk. Zaraz potem umyłam twarz. Jednak miałam mały czerwony siniak na policzku, jednak zakryłam go cienką warstwą podkładu i korektorem. Pomalowałam rzęsy i usta a na powieki naniosłam czarny cień. Ubrałam długie jeansy, koszulę z 3/4 rękawem i glany. Spojrzałam ponownie na swoje odbicie. Nie było widać jak zmasakrowane jest moje ciało. Zeszłam na dół, w kuchni stał Justin jak zwykle bez koszuli robił sobie zapewne śniadanie.
-Kin już na nogach?- zaśmiał się.
-Tak, wychodzę na chwilę.
-Dokąd? Idę z tobą.
-Tylko na plac zabaw to tuż za domem. Muszę chwilę pomyśleć SAMA.
-Nie powinienem- podeszłam do niego i pocałowałam malinowymi wargami w policzek. Westchnął ciężko.
-Masz piętnaście minut. Równo, ani sekundy dłużej.
-Dwadzieścia?
-Piętnaście i bez dyskusji- jęknęłam cicho jednak podziękowałam mu i wyszłam. Naprawdę chcę trochę prywatności.
Usiadłam na huśtawce i odepchnęłam się od gruntu. Wsunęłam papieros między usta i zapaliłam końcówkę. Zaciągnęłam się. Siedziałam chwilę sama aż na miejsce obok ktoś usiadł. Był to wysoki blondyn mniej więcej w moim wieku o niebieskich oczach. Znałam go, chodził chyba ze mną na jakieś zajęcia.
-Myślałem, że to miejsce dla dzieci.
-Owszem.
-Więc co ty tu robisz?
-Teraz nie ich kolej- wyjaśniłam jednak on tylko uniósł swoje jasne brwi w pytającym geście.
-Jak to?
-Place zabaw nie są miejscem tylko dla dzieci. Są one tam po południu z zabawkami, za to rano i wieczorem ten teren zajmują nastolatki z papierosami bądź alkoholem, czasem po prostu łzami lub głowami pełnymi myśli. Nigdzie, w żadnym innym miejscu moje Marlboro nie są takie smaczne.
-Poczęstujesz?
-Tak. Mam dziś dzień dobroci dla blondynów ze skarpetkami nie do pary- powiedziałam patrząc na jego skarpety. Jedna była zielona druga czarna i krótsza od tej na lewej nodze.
-Kurwa zawsze mi się to zdarza- roześmiałam się i wysunęłam ku niemu paczkę. Wziął papierosa i ogień po czym zaczął palić.
Spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze cztery minuty. Paliliśmy w ciszy.
-Mówił ci ktoś, że masz piękne oczy?
-Normalne. Brązowe.
-Czekoladowe, a to różnica- uśmiechnął się do mnie po przyjacielsku, zachichotałam.- Jestem Niall, Horan Niall.
-Kinder Grande.
-Będę ci mówił Pięknooka.
-Bardzo mi miło było cię poznać, ale obiecałam komuś, że wrócę do domu za piętnaście minut, więc muszę się zbierać.
-Na pewno się nie pogniewa jak zostaniesz chwilę dłużej.
-Nie znasz go- zaśmiałam się. Justin nigdy nie żartuje w takich kwestiach.- Miło było, cześć.
-Na razie Pięknooka.
***
-KINDER?!- usłyszałam krzyk Biebera.
-Co?
-Chcesz się zabawić?- uniosłam brwi do góry.
-Jasne.
-Ubieraj się, idziemy na imprezę.

piątek, 14 sierpnia 2015

Life is hard- rozdział 2

Usłyszałam trzask żelaznego zamka. Natychmiast przybliżyłam się do betonowej ściany a moje ciało zaczęło się trząść.
-Kinder?- głos chłopaka rozbrzmiał w pomieszczeniu. Łzy zapiekły moje oczy.
-Justin? Zabierz mnie stąd!- wymamrotałam.
-Kurwa zawsze się musisz w coś wpakować- wziął mnie na ręce w stylu ślubnym i szybkim krokiem dopadliśmy do samochodu. Usadził mnie na miejscu pasażera sam wsiadając za kierownicę. Dalej nic nie pamiętam- zasnęłam.
***
Obudziłam się już w swoim pokoju, SWOIM łóżku i SWOIM domu. Otwierając powieki znów poczułam ból. Syknęłam ostro, dotykając żebra.
-Obudziłaś się.
-Jesteś jak jebany Sherlock Holmes, wiesz?- zakpiłam z chłopaka.
-Gdyby nie ja zginęłabyś- spojrzałam na niego swoimi brązowymi oczami.
-Nikt by specjalnie nie płakał.
-Nie, ale twój ojciec by mnie rozszarpał. Widzisz jak się kończy uciekanie.
-Ugh...nienawidzę cię.
-I vice versa Sweetie- warknął po czym odszedł.
Justin Bieber to najgorszy ochroniarz jakiego miałam. Z resztą każdy był okropny. Ojciec wciąż się upiera na to bym miała ochronę. Byłam tak wychowywana od najmłodszych lat. Matka starała się dać mi iluzję normalnego dzieciństwa, jednak po jej śmierci, którą dość ciężko przeżyłam pozostał mi tylko on. Ojciec. Nienawidziłam sposobu jakim uczył mnie na czym polega życie w tym świecie. Nauka samoobrony, strzelania, pełna obstawa. Na każdym kroku czyhali ludzie pokroju Peazer'a. Ludzie, którzy z przyjemnością porwą mnie by ojciec dał okup, cierpiał. Ten człowiek, z którym powiązana byłam więzami krwi był po prostu bezlitosnym mordercą...
Poderwałam się z łóżka i weszłam do toalety. Wyplułam krew z ust i wzięłam prysznic. Gorąca woda początkowo podrażniła moje ramiona jednak po chwili nie czułam nic poza ulgą. Po wysuszeniu się i ubraniu sięgnęłam po wódkę. Pociągnęłam zdrowy łyk i zamknęłam oczy.
Chcę zapomnieć...

* JUSTIN *
Wyszedłem z jej sypialni i gdy oddaliłem się kawałek moja pięść zderzyła się ze ścianą. Kurwa, taki ze mnie ochroniarz jak z świni baletnica. Nic z resztą nie poradzę, Grande naprawdę potrafiła dać popalić. W salonie siedział jej ojciec. Wysoki, umięśniony szatyn o czach ciemnych jak gorzka czekolada i surowej minie. Czasem mnie zastanawia jak dziewczyna drobna i delikatna <oczywiście jedynie fizycznie, z charakteru Kin to kawał suki > może się mu tak stawiać.
-Bieber... Zanim wyjdziesz- warknął swoim ostrym głosem i spojrzał do portfela, których zapewne miał około setki. Wyjął garść zielonych.- Zapłata, za ocalenie jej. Następnym razem, jednak gdy tylko spadnie jej włos z głowy...Zginiesz. Rozumiemy się?
Pokiwałem głową. Przyjąłem pieniądze, a oczy lekko rozszerzyły mi się gdy facet cofnął dłoń do tyłu po czym zaczął ją kierować w moją stronę.
Kurwa, tylko nie w twarz.
Ku mojemu zdziwieniu poklepał mnie po ramieniu.
-Dwa tygodnie a jeszcze nie pokazała na co ją stać.- roześmiał się jednym z tych śmiechów przyprawiających o dreszcz.
-Mogę się domyśleć.
-Powodzenia chłopie- odwrócił się i nalał sobie Whisky. Przyjąłem to jako pozwolenie na odejście i po chwili zniknąłem w swojej części domu. Pardome, willi.
Sięgnąłem po piwo. Otworzyłem je i usiadłem w skórzanym fotelu upijając połowę jednym łykiem.
Chcę zapomnieć...
______________________