sobota, 6 lutego 2016

Life is hard- rozdział 7

Wstaję rano i widzę sufit swojego pokoju. Płakałam całą noc, nawet liczenie nie pomagało. Czułam się jak tamtej nocy dziewięć lat temu gdy moja jedyna przyjaciółka odchodzi. Siostra. Nadal nie mogę tego przeżyć. Zostawiła mnie dla faceta! Cieszę się, że jej ukochany nie żyje. Ma suka za swoje. Idę do łazienki i odpalam papierosa. Palę go szybko, jednocześnie czeszę się w niesfornego koka. Schodzę na dół i jak co rano widzę tam Justina próbującego coś ugotować. Jestem jedynie w bluzce odkrywającej pół tyłka i majtkach, jednak nie krępuję się. Nie jestem typem wstydliwej dziewczyny.
-Co jesz?- pyta jak zwykle bez żadnego powitania.
-Nic, nie jestem głodna. Gdzie jest sok?
-Wczoraj też nic nie jadłaś.
-Skąd możesz to wiedzieć? Miałeś wolne.
-Służące mi powiedziały. Siadaj do stołu.
-Nie- zakładam ręce na pierś.
-Co powiedziałaś?- warczy surowo i ciągnie mnie na swoje kolana.
-Puszczaj mnie- piszczę.
-Jak zjesz to zejdziesz.- patrzę na talerz, zrobił jakiegoś omleta.
Nie chętnie chwytam widelec i biorę kawałek do ust przeżuwając wolno.
-Fajkami pachniesz- stwierdza.
-Ty też nie śmierdzisz gównem, ale jakoś się nie skarżę- syczę pod nosem a on się napina. Wkurwiający chłopak z niego, jednak mimo wszystko gryzie się w język.
-Gdzie jest tata?- pytam po chwili ciszy.
-Pojechał po jakąś dziewczynę.
-Lillie- szepczę.
-Tak chyba miała na imię. Kto to jest?- pyta ciekawy.
-Moja starsza o osiem lat siostra.
-Ahh- drapie się nerwowo po karku.- Przypomnij, ile masz lat?
-Siedemnaście idioto. Dodaj to sobie, o ile to dla ciebie nie za dużo.
-Uważaj na słowo Kin, mam stalowe nerwy, ale do ciebie powoli brak mi cierpliwości
Prycham wściekła.
-Pozwolisz mi już odejść?- pytam.
Wciąż siedzę mu na kolanach, a on obejmuje mnie obiema rękoma w pasie bym nie mogła mu uciec. Kręcę się niecierpliwie i patrzę na omlet. Nie chcę jeść więcej, obawiam się skoku wagi. Nienawidzę tyć, Wcześniej nikt nigdy mnie nie pilnował co do jedzenia. Wcześniej miałam ochroniarzy, którzy byli ze mną tylko jak chciałam gdzieś wyjść. Od mojej ostatniej ucieczki z domu tata ponownie przydzielił mi ochroniarza i z bólem muszę przyznać, że Justin Bieber jest sprytny równie jak ja. Mieszka w moim domu, więc może mnie pilnować i niestety robi to sumiennie.
-Nie zjadłaś nawet połowy.
-Nie mogę już. Masz mnie tylko chronić, niech cię nie interesuje ile jem.
-Mam cię pilnować żebyś nic głupiego nie robiła. Kinder jesteś za chuda, zdecydowanie. Jedz to do końca, albo cię nakarmię.
Wzdycham ciężko i ponownie chwytam widelec. Jem w ciszy udając obrażoną.
-Ohh, ależ ty dojrzała.
-To nie ja jestem po dwudziestce. A mogę zjeść tylko do połowy?
-Mam się zacząć martwić?- odwracam zdezorientowana twarz w jego stronę i pytająco unoszę brew.- Chodzi mi o to, czy mam się martwić o to ile jesz. Ty praktycznie nie ważysz. Gdyby nie twój niewyparzony język zapomniałbym, że mam cię na kolanach. Nie, nie możesz zjeść połowy. Masz dziesięć minut by to zdjęć, albo cię nakarmię.
Ostatni raz wzdycham i już ostatecznie biorę się do jedzenia. Od kiedy on do cholery zrobił się taki opiekuńczy?
***
Reszta dnia mija dość spokojnie. Do wieczora nie wiele się dzieje, pozwalam Justinowi zaprosić jego najlepszego przyjaciela- Chaza. Justin ma prawo zapraszać tu swoich przyjaciół tylko za moim pozwoleniem, a bruneta bardzo lubię. Z resztą gdy oni siedzą w salonie mogę robić co chcę i mieć spokój we własnym pokoju. Bieber wchodzi co jakiś czas do mnie i sprawdza co robię. Ostatnim razem mu spieprzyłam, potem zostałam porwana, uratował mnie, bla, bla, bla. Jednak od momentu imprezy coraz lepiej się dogadujemy. Chłopak ponownie wchodzi do mojego pokoju, leżę na łóżku z telefonem.
-Sprawdzasz czy ci nie uciekłam?- pytam nie spoglądając na niego;
-Jeśli mam być szczery to tak. Chociaż usłyszałbym. Masz alarm w oknach.
-A mimo to udało mi się uciec kilka razy- uśmiecham się wrednie.
-Młoda nie chcę ci robić teraz awantury, więc po prostu się ucisz. Twój tata z siostrą będą za godzinę.
Napinam wszystkie mięśnie i zaciskam dłonie w pięści kiwając głową. On wraca do salonu a ja podrywam się z miejsca i zaczynam chodzić nerwowo po pokoju. Nie widziałam jej dziewięć lat, a teraz tak nagle z dnia na dzień ma u nas zamieszkać. Tata mówi, że to "tylko" dwa tygodnie. O czternaście dni za długo.
Mija nie cała godzina, siedzę z Justinem w salonie i udaję, że oglądam program w telewizji. Nagle słyszę jak otwierają się drzwi. Podrywamy się z siedzenia. Tata wpuszcza ją przodem. Nadal ma długie, zgrabne nogi, jednak z wiekiem urosły jej piersi i trochę przybrała na wadze. Wciąż ma jasne blond włosy, pełne, malinowe usta i zielone oczy. Za nią wchodzi tata, po iskierkach w jego oczach widzę, że jest szczęśliwy. W jej oczach widzę żałobę. Justin pochodzi, wita się z ojcem i jej się przedstawia. Ojciec jak to on, wychodzi do gabinetu.
-Na ile zostajesz Lillie?- pyta Bieber.
-Dwa tygodnie, potem przenoszę się do bezpieczniejszego miejsca. Nie chcę wam tworzyć zagrożenia.
-Spokojnie, nikt cię tu nie trzyma. Możesz wyjechać nawet dzisiaj- uśmiecham się wrednie w jej stronę a ona robi minę jakby dopiero co mnie dostrzegła.
-Kin, kochanie- widzę jak jej oczy się szklą, próbuje do mnie podejść jednak ja się odsuwam.
-Nie dotykaj mnie- warczę po cichu.
-Jesteś moją siostrą, to takie dziwne, że cię przytulę?
-Ja nie mam siostry!- krzyczę.
Korzystając z tego, że drzwi i brama są otwarte wybiegam z domu.
-KINDER!- wrzeszczy Justin.
Słyszę jak biegnie więc robię to samo. Wbiegam w ciemne ulice, które jednak znam jak własną kieszeń i po chwili jestem na opuszczonych torach. Ubrana w jeasny przed kostkę, Vansy i bluzę. Nie jest to odpowiedni strój na jesienny, chłodny, deszczowy dzień. Nie wiem ile czasu biegłam, gdzie jestem i jak daleko od domu. Nie obchodziło mnie to, nie chciałam tam wracać. Wolałam zdechnąć na tych torach. Póki co mam ledwo otwartą paczkę Marlboro i zapalniczkę. Robię więc z tego użytek i już po chwili zaciągam się dymem. Po dość długiej drodze siadam na wilgotnych torach i wybucham niekontrolowanym płaczem. Była taka piękna jak kiedyś. Jednak już nie tak szczęśliwa a jej widok nie przepełniał mnie już miłością.
Siedzę tu już na pewno jakiś czas, ale nie więcej niż dwie godziny. Marznę bardzo, jednak rozgrzewają mnie łzy. Słyszę kroki i nawoływania.
-KINDER!
To głos Justina, w oddali widzę jego niewyraźną sylwetkę. Podnoszę się i usiłuję mu uciec. Niestety jest za szybki. Przyciąga mnie do siebie z taką siłą, że boleśnie uderzam o jego tors i przytrzymuje moje ręce.
-Spierdalaj- warczę i próbuję się wyrwać, on ze spokojem wzmacnia uścisk i chyba czeka aż się uspokoję.
-Wracamy do domu Kinder.
-Nie wrócę tam, nie do niej. Wolę tu zamarznąć- krzyczę w jego stronę, on bierze mnie na ręce jak małą dziewczynkę.
Szarpię się jak nigdy się nie szarpałam. Niestety nie mam z nim szans, jest o wiele silniejszy. Po jakimś czasie poddaję się i uspokajam. otwiera drzwi od samochodu, zapina mój pas po czym zajmuje miejsce kierowcy.
-Dlaczego tak jej nienawidzisz?
-Mogę ci powiedzieć- olśniewa mnie- ale pod jednym warunkiem. Ty też mi szczerze odpowiesz na jakieś pytanie.
Zastanawia się chwilę po czym mówi:
-W porządku.
-Miałam osiem lat, zawsze ją kochałam bardzo mocno. Była moją siostrą i jedyną przyjaciółką. Przyszła do mnie w środku nocy a następnego poranka wyjechała bez pożegnania. Nie pojawiła się nawet na pogrzebie mamy- opowiadam z bólem.- Nigdy nie zadzwoniła, nie napisała. Rozważałam różne opcje, że nie żyje, jest śmiertelnie chora lub została porwana. Jednak prawda okazała się inna. Jest pewien gang, "Uncivil" największy wróg mojego taty. Porwali ją kiedyś, tam poznała jakiegoś faceta. Zakochała się i wyjechała, teraz gdy on zginął nagle pragnie nas wszystkich zobaczyć- z bólem zamykam oczy.- Nic nie mów, nie komentuj. Teraz moja kolej. Pełna szczerość?
-Jasne.
-Co się wydarzyło w twojej przeszłości przez co dziś jesteś członkiem jednej z najgroźniejszych mafii?

środa, 20 stycznia 2016

Life is hard- Rozdział 6

-Tato?- wychrypiałam cicho.
-Kinder...- westchnął.- Usiądź.
-Co się stało? Czy ty płaczesz?
Ostani raz widziałam płaczącego ojca na pogrzebie matki cztery lata temu.

Była to kameralna uroczystość. Stałam na samym przodzie tuż obok ojca, który wpatrywał się w sylwetkę księdza. Trumna została już zamknięta, patrzyłam na nią pustym wzrokiem czując nienawiść do każdej żywej osoby w pobliżu. Nie było ich wiele, gdyż nie chcieliśmy wielkiego pogrzebu. Tylko ci najbliżsi. Zamknęłam z bólem oczy, moja szczęka drżała, trzęsłam się od łkania. Czarne, ciemne okulary spoczywały na nosie. W ręce ściskałam czerwoną różę, której kolce raniły moją skórę. Jednak nie czułam tego, ból psychiczny niszczył mnie od środka. Lekki wiatr targał moją spódniczką, niebo było smutne a w oddali słyszałam łkania pełne bólu. Moja mama była bardzo szanowaną, dobrą i lubianą osobą, i pomogła w swoim życiu wielu osobom. Nie wyobrażałam sobie dalszego życia bez niej. Mocno zacisnęłam powieki, trumna została opuszczona dwa metry w dół. W tym momencie zgięłam się w pół i nie wytrzymałam. Szloch wydobył się z gardła, za to ojciec wciąż stał niewzruszony. Widziałam jednak, że cierpi. Objął mnie automatycznie ręką w pasie. Ludzie po chwili zaczęli się rozchodzić, my staliśmy tam dopóki cmentarz nie opustoszał. 
-Żegnaj mamusiu- wyszeptałam i położyłam różę u stóp jej grobu. Moja dłoń krwawiła i piekła a samotne łzy zaczęły wolno płynąć po policzkach taty.

-Kin.. Usiądź proszę- mówi swoim prawdziwym głosem, zupełnie nie pasującym do groźnego szefa mafii. Patrzę na niego w skupieniu- Spójrz na te papiery proszę, przeczytaj.
Moja dłoń drży gdy chwytam między smukłe palce jedną z kart. Jest to akt urodzenia. Nie mój, nie taty. To akt dziewczyny o imieniu Lillie Grande. Rzucam to natychmiast ta stół, jakby parzyło.
-Nie chcę o niej słyszeć. Rozumiesz?! To nie jest moja siostra!- warczę cicho pod nosem.

Długonoga, wysoka blondynka o smukłej talii patrzy na mnie uważnie. Spoglądam na nią zdziwiona, jest lato, 2005 roku mam wówczas zaledwie osiem lat i leżę w łóżku gdy budzi mnie siostra. Jest środek nocy a ona była rzekomo przez ostatnie trzy tygodnie na kolonii.
-Lillie pobawimy się?- pytam zadzierając głowę w górę by na nią spojrzeć. Nie jest ważne, która godzina, jestem dzieckiem. Jest ona starsza o całe osiem lat. Spogląda na mnie uważnie i głaszcze po policzku.
-Kin, szkrabie. Bardzo cię kocham, pamiętasz o tym?- kiwam głową nie rozumiejąc o co jej chodzi.- Zawsze będziesz moją malutką siostrzyczką. 
-Czemu płaczesz?- pytam widząc łzy płynące po jej bladych policzkach.
-Kochanie muszę wyjechać. Nie mogę tu dłużej zostać.
-A-ale...czemu?! Zostań!
-Kocham cię. Pamiętaj cokolwiek się nie stanie bądź dobra- szepcze mi do ucha i głaszcze po włosach.- Idź spać myszko. Kiedyś się wszystkiego dowiesz. 
-Nie zostawiaj mnie- piszczę roztrzęsiona.- Wrócisz?
-Obiecuję- całuje mnie w czubek głowy i głaszcze ponownie. Kładę się do łóżka i zamykam oczy a ona daje mi całusa w policzek.- Byłaś jedyną osobą, którą szczerze kochałam w tym domu. Jutro jak się obudzisz mnie już nie będzie. Nie mów rodzicom o naszej rozmowie dobrze?
-Dobrze. Opowiesz mi bajkę?
-Innym razem słońce.
-Obiecaj- proszę, słyszę jak łamie się jej głos i pociąga nosem.
-Obiecuję kochanie. Żegnaj. Dobranoc...
Czuję ostatni całus na swojej grzywce po czym z pod pół otwartych powiek obserwuje jak wychodzi. Wychodzi i nigdy nie wraca. 

Dziś minęło dziewięć lat. Liczę siedemnaście wiosen, a cztery lata temu umarła mama. Był to kwiecień 2010 roku. Łudziłam się, że zobaczę moją siostrzyczkę. Tęskniłam za nią kiedyś strasznie. Aż właśnie do tej tragicznej daty. 04.04.2010 rok a ona nie pojawia się na pogrzebie własnej matki. Z dzieciństwa pamiętam, że rzeczywiście często się kłóciła z rodzicami jak to każda nastolatka. Nie mam pojęcia czemu uciekła. Pamiętam jak następnego dnia po naszym nocnym pożegnaniu jej miejsce na śniadaniu było puste. Zapytałam "gdzie Lillie?" oczy mamy zaszkliły się a tata spojrzał na mnie i powiedział : " Już jej nigdy nie zobaczysz, nie myśl o niej" a mi złamało się serce. Bolało to bardzo.
-Po co mi to pokazujesz?- krzyczę w jego stronę wracając do rzeczywistości.- I czego ryczysz?!
-Posłuchaj... Lillie ona... dziewięć lat temu wpadłem w poważny konflikt z innym "gangiem" jak to ty mówisz. Pragnęli zemsty. Porwali ją, przez trzy tygodnie przetrzymywali. Ty myślałaś, że jest na kolonii. Pamiętasz, że już z niej nie wróciła? Zakochała się w synu szefa tego właśnie gangu. Uciekła razem z nim pewnej lipcowej nocy podrzucając nam list. Uszanowaliśmy jej decyzję.
-Dlaczego jej nie powtrzymaliście?!
-Byłem ślepy. Nie chciałem takiej córki, miałem ją za zdrajczynię, mama podobnie. Poczekaj, nic nie mów. Nie miałem z nią kontaktu przez te lata. Dzisiaj rano zadzwoniła. Ten jej cały mąż zginął podczas akcji. Jest w niebezpieczeństwie, chciała się pożegnać bo miała uciekać do innego stanu. Zaproponowałem jej...że przyjedzie no nas.
Zamknęłam oczy. Informacje nacierały na mnie z zawrotnym tępem. Byłam gotowa na wszystko. Tylko nie na to, że uciekła ode mnie i zdradziła rodzinę dla mężczyzny. Krzyknęłam. Był to po prostu gardłowy krzyk.
-NIE CHCĘ JEJ TU WIDZIEĆ!- ryknęłam a po moich policzkach spłynęły łzy.- Zostawiła nas!
Wyszłam z pomieszczenia. Skierowałam sie do swojego pokoju i bez zastanowienia wyjęłam wódkę oraz sok. Nie chciałam jej widzieć. Wciąż tęskniłam jednak teraz była dla mnie jedynie zdrajczynią
.


środa, 9 września 2015

Life is hard- rozdział 5


Biegłam. Biegłam niesamowicie szybko, tak szybko jak do tej pory jeszcze nie pędziłam. Chciałam uciec od tamtego miejsca. Deszcz delikatnie muskał moją skórę, jednak nie przejęłam się tym specjalnie. Życie nauczyło mnie by nikomu nie ufać, jednak ja głupia myślałam, że Niall Horan jest bezinteresownym chłopakiem, chcącym nawiązać ze mną bliższą znajomość. Jednak on był zapewne zatrudniony przez któryś z gangów konkurujących z moim ojcem. Wokół tego krąży moje życie. W końcu zatrzymałam się, było ciemno, jednak rozpoznałam, że jestem na jakimś placu zabaw. Usiadłam na wilgotnej od deszczu huśtawce i odbiłam się swoimi koturnami od podłoża. Moje palce zacisnęły się wokół łańcuchu na którym była ona zawieszona. Machałam nogami jak i resztą ciała w przód i w tył wprawiając konstrukcję z ruch. Słyszałam jej ciche skrzypienie. Czułam się jak kłębek negatywnych emocji. Przypomniałam więc sobie słowa mamy. Jej delikatny, melodyjny głos, którym czarowała wszystkich wokół.
-Gdy się denerwujesz, smucisz, chce ci się płakać lub jesteś wściekła licz. Licz, dużo licz. Pamiętaj liczenie to jakby modlitwa do Boga gdy brakuje ci słów. Wiesz, że Bóg może wszystko prawda Kin?
-Tak mamusiu- odpowiadałam swoim dziecięcym głosem.
Więc tak jak radziła mi w pamięci liczyłam.

1,2,3,4,5,6,7,8,9,10
1,2,3,4,5,6,7,8,9,10
1,2,3,4,5,6,7,8,9,10
1,2,3,4,5,6,7,8,9,10
1,2,3,4,5,6,7,8,9,10

Trzy rzeczy na tym świecie skutecznie mnie uspokajają. Liczenie, papierosy i huśtawki. Liczyłam, liczyłam dopóki się nie wyciszyłam a moje myśli skupione były jedynie na ciągu liczb od 1 do 10. Nie mogłam jednak długo się cieszyć chwilą ukojenia gdyż do moich bębenków dotarł głos Justina.
-KINDER?!- zobaczyłam postać wychodzącą z samochodu. Zatrzymałam huśtawkę.
-A kto by inny?- zapytałam a moim ciałem owładnęła wściekłość. Wściekłość niczym nie określona, po prostu byłam zła na cały świat. Zaczęłam iść przed siebie ignorując nawoływanie chłopaka. Po chwili jednak jego silne ręce objęły mnie w talii.
-Uh, puszczaj do cholery!- warknęłam jednak on wziął mnie na ręce i zaniósł do swojego samochodu.
-Wracasz ze mną do tego pieprzonego domu!
-Piłeś.
-Ty też. I co w związku z tym?
-Piłeś, nie prowadź- milczał przez chwilę.
-Okej więc możemy w deszcz iść pieszo przez pięć kilometrów, co wolisz?
-Ja idę- odparłam hardo i wyrwałam się z jego objęć.
-Chyba żartujesz!- słyszałam jego krzyk, jednak ignorując to szłam dalej. Po chwili znalazł się tuż obok mnie.
Szliśmy w milczeniu. Chłopak zdjął bluzę i założył ją mi na ramiona. Podziękowałam i otuliłam się nią. Przeszliśmy pierwszy kilometr, a deszcz się nasilił.
-Poczekaj- powiedział, wyjął Iphone i włączył muzykę- Tak na rozluźnienie.
Po chwili z telefonu zaczęła lecieć melodia jednej z piosenek The Beatles.
-Nie wiedziałam, że słuchasz takiej muzyki.
-Wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz.
-Więc mi opowiedz.
-Innym razem.
-Nothing you can know that isn't known,
nothing you can see that isn't shown,
nowhere you can be that isn't where you're meant to be,
it's easy
Z czystej nudy zaczęłam cicho śpiewać. Po chwili dołączył się do tego Justin.
-All you need is love,
all you need is love,
all you need is love, love.
-Love is all you need.

Poczułam jego ręce na mojej tali. Mimo mrozu był rozgrzane i przyjemne gdy dotykały mojej skóry. Podniosłam lekko głowę, by spojrzeć w jego oczy. Nie mogłam odczytać ich wyrazu gdyż było ciemno i padało. Przyciągnął mnie do siebie bliżej, wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Słyszałam jedynie bicie jego serca, deszcz i cichą muzykę. Wokół nas nadal był las, chociaż byliśmy prawie na miejscu. Po raz pierwszy w życiu byłam tak blisko niego. W pewnym momencie otrząsnęłam się i odsunęłam o krok. Uśmiechnęliśmy się ostatni raz i jakby nigdy nic się nie wydarzyło ruszyliśmy dalej jednak mimo to moja klatka piersiowa nadal szybko się unosiła.
__________________
Szłam pustą ulicą prowadzącą do domu. Wyrwałam się z niego na chwilę by zaczerpnąć świeżego powietrza. Od ostatniej imprezy minęły dwa dni. Pogoda była piękna, słońce przebijało się przez korony drzew, delikatny wiatr rozwiewał wciąż moje włosy. Ptaki w oddali świergotały, jednak wyjątkowo nie denerwował mnie ten dźwięk. Idealnie pasował do tego miejsca późną wiosną bądź wczesną jesienią.  W drobnych dłoniach trzymałam szkicownik. Wpatrywałam się w swoje dzieło. Duże, ogromne wręcz, płaczące wierzby nie daleko mojego domu, widoczne przez okno są narysowane ciemnym, grubym ołówkiem o trójkątnym przekroju. Uwielbiałam te drzewa. W pewnym momencie usłyszałam za plecami odgłos kroków, jednak nie moich. Stanęłam na chwilę, po czym ruszyłam dalej. Odetchnęłam z ulgą na widok bramy do mojego domu. Pchnęłam ją i z uśmiechem na ustach weszłam do domu. Rozchyliłam lekko usta na widok mojego ojca.
Po pierwsze miał wrócić za trzy tygodnie.
Po drugie i najważniejsze płakał.
Mój ojciec płakał.
Music Video Justin Bieber animated GIF

sobota, 5 września 2015

Life is hard- rozdział 4

*KINDER*
Czesałam włosy swoim tangle teezerem po czym zaczesałam je w niski kok opleciony czarną, aksamitną wstążką. Zakryłam siniak na twarzy odrobiną pudru dopasowanego do mojej bladej cery. Wytuszowałam rzęsy i zrobiłam dwie, czarne kreski na powiekach. Usta pomalowałam różową szminką wzbogaconą o drobinki brokatu. Zaczęłam się ubierać, ciemna, skórzana sukienka sięgała do połowy uda i oplatała moją talię ciasno, odsłaniała jednak plecy. Jej rękaw był 3/4 z srebrnymi zakończeniami. Tego samego koloru były moje buty na koturnie. Dobrałam biżuterię.
Najpewniej Justin zabiera mnie ze sobą na te imprezę z czystego przymusu. W końcu nie zostawi mnie samej w domu po tym co ostatnio wyprawiam. Nigdy nie byłam grzeczną dziewczynką. Zawsze potrafiłam się postawić tego z resztą byłam uczona. Wychowali potwora, że tak śmiem twierdzić. Cóż nie będę się stawiać pan ochroniarz zawsze chodzi na dobre imprezy. Zeszłam na dół i zlustrowałam chłopaka wzrokiem. Był ubrany w czarne jeansy, biały T-SHIRT i czerwone Vansy. Uśmiechnął się do mnie ukazując swoje białe zęby.-Co cię tak bawi?- wymruczałam. 
-Przecież się nie śmieję. To tylko uśmiech.
-Zdecydowanie wystarczy. 
***
Jechaliśmy jego czarnym Bentleyem w nieznaną mi stronę. Samochód jechał na tyle szybko, że krajobraz był jedynie rozmazanymi plamkami podobnymi do dzisiejszych "dzieł sztuki" czyli plam na płótnie. Swoją drogą, nie rozumiem dzisiejszej sztuki. Mimo wszystko moja głowa była odwrócona w stronę szyby by poczuć delikatny podmuch wiatru przez niedomknięte okna. Nagle samochód gwałtownie zahamował a świat ustabilizował się. Byliśmy w tłocznej ulicy, tuż przed tutejszym klubem "Blue & Berry " z którego już słychać było huczną muzykę. Uśmiechnęłam się, chłopak wyszedł, obszedł samochód dookoła i otworzył drzwi od mojej strony. Podziękowałam mu uśmiechem, po czym w jego towarzystwie udałam się do środka. Ochroniarz wpuścił nas bez najmniejszego problemu co nieźle mnie ucieszyło. Podeszliśmy do baru, ja w tym czasie rozglądałam się po klubie. Bar mienił się rożnymi kolorami, jednak w całym pomieszczeniu przeważał srebrny i czarny. Justin przywitał się z chłopakami którzy opierali się łokciami o blat. 
-To jest Kinder. 
-Wow, Biebs mogłeś powiedzieć, że masz nową laskę. 
-Hamuj słowa, jasne? To nie jest moja dziewczyna tylko...
-Kinder Grande- przedstawiłam się dokładniej a brunet odstawił swoją szklankę z hukiem i spojrzał wzrokiem pełnym niedowierzania. Ups, czyżby znał mojego tatusia?
-Nie dotykajcie, nie obrażajcie, szanujcie ją w innym razie was rozpierdolę, przysięgam. 
***
Zabawa ciągnęła się dość długo. Podeszłam do baru, wzięłam drinka i po szybkim opróżnieniu go pobiegłam na parkiet. 
-Pięknooka?- usłyszałam znany mi głos za plecami. 
-Niall? Jak miło widzieć tu kogoś znajomego.
-Prawdę mówiąc jesteś ostatnią osobą, której bym się tu spodziewał- teraz już tańczyliśmy oboje, dość blisko siebie jednak nie opierałam się. Jego ręka wylądowała na mojej talii.- Może się napijemy?- wskazał na dwa kieliszki, które zapewne niedawno zamówił. 
Usiedliśmy przy barze. 
-Wiesz, podczas mojej nauki w pewnej...szkole. Uczono nas wielu przydatnych rzeczy.- zaczełam mówić.-Któregoś razu nauczyciel opowiadał mi o czasach gdy był trucicielem poszukiwanym na całym świecie. Jednym z jego sposobów był cyjanek ukryty w aromacie wina- odstawiłam z hukiem kieliszek.- Kim jesteś i co tu robisz?! 
Chłopak może i by odpowiedział gdyby nie to, że mój ochroniarz rzucił się na niego i zaczęli okładać się pięściami. 

środa, 19 sierpnia 2015

Life is hard- rozdział 3

*KINDER*
Boziu moja głowa
Tak brzmiała moja pierwsza myśl po przebudzeniu się. Obok mnie leżała niemal w połowie opróżniona butelka wódki. Zamruczałam cicho pod nosem i weszłam do toalety. Gdy tylko spojrzałam na swoje ciało jedynie w bieliźnie moje źrenice rozszerzyły się. Plecy były podrapane i zdobiła je cała masa fioletowych i czarnych siniaków. Na twarzy na szczęście nie miałam śladu, chociaż zdecydowanie powinnam go mieć. Kilka sińców na ramionach i nogach. Westchnęłam i zabrałam się za czesanie włosów w kucyk. Zaraz potem umyłam twarz. Jednak miałam mały czerwony siniak na policzku, jednak zakryłam go cienką warstwą podkładu i korektorem. Pomalowałam rzęsy i usta a na powieki naniosłam czarny cień. Ubrałam długie jeansy, koszulę z 3/4 rękawem i glany. Spojrzałam ponownie na swoje odbicie. Nie było widać jak zmasakrowane jest moje ciało. Zeszłam na dół, w kuchni stał Justin jak zwykle bez koszuli robił sobie zapewne śniadanie.
-Kin już na nogach?- zaśmiał się.
-Tak, wychodzę na chwilę.
-Dokąd? Idę z tobą.
-Tylko na plac zabaw to tuż za domem. Muszę chwilę pomyśleć SAMA.
-Nie powinienem- podeszłam do niego i pocałowałam malinowymi wargami w policzek. Westchnął ciężko.
-Masz piętnaście minut. Równo, ani sekundy dłużej.
-Dwadzieścia?
-Piętnaście i bez dyskusji- jęknęłam cicho jednak podziękowałam mu i wyszłam. Naprawdę chcę trochę prywatności.
Usiadłam na huśtawce i odepchnęłam się od gruntu. Wsunęłam papieros między usta i zapaliłam końcówkę. Zaciągnęłam się. Siedziałam chwilę sama aż na miejsce obok ktoś usiadł. Był to wysoki blondyn mniej więcej w moim wieku o niebieskich oczach. Znałam go, chodził chyba ze mną na jakieś zajęcia.
-Myślałem, że to miejsce dla dzieci.
-Owszem.
-Więc co ty tu robisz?
-Teraz nie ich kolej- wyjaśniłam jednak on tylko uniósł swoje jasne brwi w pytającym geście.
-Jak to?
-Place zabaw nie są miejscem tylko dla dzieci. Są one tam po południu z zabawkami, za to rano i wieczorem ten teren zajmują nastolatki z papierosami bądź alkoholem, czasem po prostu łzami lub głowami pełnymi myśli. Nigdzie, w żadnym innym miejscu moje Marlboro nie są takie smaczne.
-Poczęstujesz?
-Tak. Mam dziś dzień dobroci dla blondynów ze skarpetkami nie do pary- powiedziałam patrząc na jego skarpety. Jedna była zielona druga czarna i krótsza od tej na lewej nodze.
-Kurwa zawsze mi się to zdarza- roześmiałam się i wysunęłam ku niemu paczkę. Wziął papierosa i ogień po czym zaczął palić.
Spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze cztery minuty. Paliliśmy w ciszy.
-Mówił ci ktoś, że masz piękne oczy?
-Normalne. Brązowe.
-Czekoladowe, a to różnica- uśmiechnął się do mnie po przyjacielsku, zachichotałam.- Jestem Niall, Horan Niall.
-Kinder Grande.
-Będę ci mówił Pięknooka.
-Bardzo mi miło było cię poznać, ale obiecałam komuś, że wrócę do domu za piętnaście minut, więc muszę się zbierać.
-Na pewno się nie pogniewa jak zostaniesz chwilę dłużej.
-Nie znasz go- zaśmiałam się. Justin nigdy nie żartuje w takich kwestiach.- Miło było, cześć.
-Na razie Pięknooka.
***
-KINDER?!- usłyszałam krzyk Biebera.
-Co?
-Chcesz się zabawić?- uniosłam brwi do góry.
-Jasne.
-Ubieraj się, idziemy na imprezę.

piątek, 14 sierpnia 2015

Life is hard- rozdział 2

Usłyszałam trzask żelaznego zamka. Natychmiast przybliżyłam się do betonowej ściany a moje ciało zaczęło się trząść.
-Kinder?- głos chłopaka rozbrzmiał w pomieszczeniu. Łzy zapiekły moje oczy.
-Justin? Zabierz mnie stąd!- wymamrotałam.
-Kurwa zawsze się musisz w coś wpakować- wziął mnie na ręce w stylu ślubnym i szybkim krokiem dopadliśmy do samochodu. Usadził mnie na miejscu pasażera sam wsiadając za kierownicę. Dalej nic nie pamiętam- zasnęłam.
***
Obudziłam się już w swoim pokoju, SWOIM łóżku i SWOIM domu. Otwierając powieki znów poczułam ból. Syknęłam ostro, dotykając żebra.
-Obudziłaś się.
-Jesteś jak jebany Sherlock Holmes, wiesz?- zakpiłam z chłopaka.
-Gdyby nie ja zginęłabyś- spojrzałam na niego swoimi brązowymi oczami.
-Nikt by specjalnie nie płakał.
-Nie, ale twój ojciec by mnie rozszarpał. Widzisz jak się kończy uciekanie.
-Ugh...nienawidzę cię.
-I vice versa Sweetie- warknął po czym odszedł.
Justin Bieber to najgorszy ochroniarz jakiego miałam. Z resztą każdy był okropny. Ojciec wciąż się upiera na to bym miała ochronę. Byłam tak wychowywana od najmłodszych lat. Matka starała się dać mi iluzję normalnego dzieciństwa, jednak po jej śmierci, którą dość ciężko przeżyłam pozostał mi tylko on. Ojciec. Nienawidziłam sposobu jakim uczył mnie na czym polega życie w tym świecie. Nauka samoobrony, strzelania, pełna obstawa. Na każdym kroku czyhali ludzie pokroju Peazer'a. Ludzie, którzy z przyjemnością porwą mnie by ojciec dał okup, cierpiał. Ten człowiek, z którym powiązana byłam więzami krwi był po prostu bezlitosnym mordercą...
Poderwałam się z łóżka i weszłam do toalety. Wyplułam krew z ust i wzięłam prysznic. Gorąca woda początkowo podrażniła moje ramiona jednak po chwili nie czułam nic poza ulgą. Po wysuszeniu się i ubraniu sięgnęłam po wódkę. Pociągnęłam zdrowy łyk i zamknęłam oczy.
Chcę zapomnieć...

* JUSTIN *
Wyszedłem z jej sypialni i gdy oddaliłem się kawałek moja pięść zderzyła się ze ścianą. Kurwa, taki ze mnie ochroniarz jak z świni baletnica. Nic z resztą nie poradzę, Grande naprawdę potrafiła dać popalić. W salonie siedział jej ojciec. Wysoki, umięśniony szatyn o czach ciemnych jak gorzka czekolada i surowej minie. Czasem mnie zastanawia jak dziewczyna drobna i delikatna <oczywiście jedynie fizycznie, z charakteru Kin to kawał suki > może się mu tak stawiać.
-Bieber... Zanim wyjdziesz- warknął swoim ostrym głosem i spojrzał do portfela, których zapewne miał około setki. Wyjął garść zielonych.- Zapłata, za ocalenie jej. Następnym razem, jednak gdy tylko spadnie jej włos z głowy...Zginiesz. Rozumiemy się?
Pokiwałem głową. Przyjąłem pieniądze, a oczy lekko rozszerzyły mi się gdy facet cofnął dłoń do tyłu po czym zaczął ją kierować w moją stronę.
Kurwa, tylko nie w twarz.
Ku mojemu zdziwieniu poklepał mnie po ramieniu.
-Dwa tygodnie a jeszcze nie pokazała na co ją stać.- roześmiał się jednym z tych śmiechów przyprawiających o dreszcz.
-Mogę się domyśleć.
-Powodzenia chłopie- odwrócił się i nalał sobie Whisky. Przyjąłem to jako pozwolenie na odejście i po chwili zniknąłem w swojej części domu. Pardome, willi.
Sięgnąłem po piwo. Otworzyłem je i usiadłem w skórzanym fotelu upijając połowę jednym łykiem.
Chcę zapomnieć...
______________________



wtorek, 21 lipca 2015

Life is hard- rozdział 1

Rozwarłam powieki, starając się zorientować w jakim miejscu się znajduję. Poczułam twarde podłoże- zbyt twarde jak na łóżko. Sufit był zdecydowanie  zbyt daleko, a powietrze na pewno nie było fiołkową wonią mojego pokoju. Mimo paraliżującego strachu, nadal wpatrywałam się w obcy sufit nade mną, oddychając ciężko. W końcu zebrałam odwagę, by poderwać się do siadu. Kręgosłup zaapelował o ponowne położenie się, jednak przezwyciężyłam rwący ból. Krew zlepiała moje włosy, kostka być może została skręcona, z łydki obficie lała się czerwona ciecz. Syknęłam, uparcie ścierając łzy z twarzy, obitym nadgarstkiem. Znajdowałam się w małym, kwadratowym pomieszczeniu, którego szare ściany zrobione z zimnej cegły, pokryte były karmazynowymi plamami, tak jak podłoga. Odgarnęłam brązowe fale z ramion, czując trzask w łokciu, nie pohamowałam krótkiego okrzyku bólu. Żelazne drzwi zamknięte, nie dam im więc rady. Malutkie okienko, widniało u samej góry, ukazując mrok. Przeszukałam kieszenie jeansów, nie miałam tam komórki, ani broni- a zawsze to przy sobie noszę. Bezradnie, zsunęłam się wzdłuż ściany, nie mogąc wydobyć głosu z krtani. Starałam się usilnie przypomnieć w jaki sposób znalazłam się tutaj. Nagle olśnienie jakby we mnie eksplodowało.

Błądziłam po ogromnym lesie, nie do końca wiedząc w jaki sposób się tu znalazłam. Kłótnia z rodzicami, sprawiła, że biegłam długo na oślep znajdując się w owa gąszczu. Nagle moje oczy rozszerzyły się, kurczowo cofałam do tyłu. Wielki, kamienny budynek nie byłby niczym dziwnym gdyby nie czerwony kruk na nim wysprejowany. Czerwony kruk był znakiem jakiego używały osoby z którymi zdecydowanie nie powinnam się stykać. Mojej ucieczce przeszkodził obiekt od którego się odbiłam. Podniosłam wzrok na wysokiego, umięśnionego mężczyznę. 
-Kinder Grande. Jak rodzice?- zapytał, z pogardą w głosie. Zacisnęłam dłonie w pięść. 
-Spierdalaj Peazer.- powiedziałam hardo, i w tym momencie poczułam uderzenie w twarz, tak silne, że na chwilę straciłam przytomność. Nie trwało to długo, jednak wystarczalnie by zaciągnął mnie do ów budynku. Wiedziałam czego będzie ode mnie chciał. Podniosłam się patrząc mu w oczy. 
-Liczyłem, że uda mi się to wycisnąć z ciebie po dobroci...
-Dobroć? Czyżby nowe słowo w twoim słowniku. Nigdy wcześniej nie padło z twoich ust. 
-...więc, odpowiedz mi łaskawie. Gdzie on jest? 
-Kto?- udawałam głupią. 
-Szanowny pan Grande. 
-Po co ci to?- zmrużyłam czekoladowe oczy. 
-Mam z nim drobny zatarg, można powiedzieć, że kilka...spraw do załatwienia.
-Nic.Ci.Nie.Powiem- wysyczałam, pchnął mnie na ścianę. Zsunęłam się wzdłuż niej mimowolnie, rozcinając fragment skóry na głowie o ostry beton. Poczułam jak jego ciężki, wojskowy but zderza się z moim brzuchem. Słyszałam jak coś do mnie mówi, jednak nie chciałam tego identyfikować, starać się nie martwić kolejnym ciosem w to samo miejsce, w twarz. Spróbowałam się podnieść.
-Wolę kurwa zginąć- warknęłam. 
Chwycił moją błękitną, delikatną koszulę, materiał pękł, odsłaniając stanik. Jednak nie przejął się tym, po raz kolejny uderzając drobnym ciałem o kamienny mur. Nie chodziło mu tylko o położenie ojca, zapewne chciał się wyżyć, jednocześnie mszcząc się poprzez zabicie córki Chrisa. O co innego mogło chodzić? Ostatnią rzeczą, którą ujrzałam przed straceniem przytomności był srebrny błysk noża...

Tak więc jestem w kropce.