Biegłam. Biegłam niesamowicie szybko, tak szybko jak do tej pory jeszcze nie pędziłam. Chciałam uciec od tamtego miejsca. Deszcz delikatnie muskał moją skórę, jednak nie przejęłam się tym specjalnie. Życie nauczyło mnie by nikomu nie ufać, jednak ja głupia myślałam, że Niall Horan jest bezinteresownym chłopakiem, chcącym nawiązać ze mną bliższą znajomość. Jednak on był zapewne zatrudniony przez któryś z gangów konkurujących z moim ojcem. Wokół tego krąży moje życie. W końcu zatrzymałam się, było ciemno, jednak rozpoznałam, że jestem na jakimś placu zabaw. Usiadłam na wilgotnej od deszczu huśtawce i odbiłam się swoimi koturnami od podłoża. Moje palce zacisnęły się wokół łańcuchu na którym była ona zawieszona. Machałam nogami jak i resztą ciała w przód i w tył wprawiając konstrukcję z ruch. Słyszałam jej ciche skrzypienie. Czułam się jak kłębek negatywnych emocji. Przypomniałam więc sobie słowa mamy. Jej delikatny, melodyjny głos, którym czarowała wszystkich wokół.
-Gdy się denerwujesz, smucisz, chce ci się płakać lub jesteś wściekła licz. Licz, dużo licz. Pamiętaj liczenie to jakby modlitwa do Boga gdy brakuje ci słów. Wiesz, że Bóg może wszystko prawda Kin?
-Tak mamusiu- odpowiadałam swoim dziecięcym głosem.
Więc tak jak radziła mi w pamięci liczyłam.
1,2,3,4,5,6,7,8,9,10
1,2,3,4,5,6,7,8,9,10
1,2,3,4,5,6,7,8,9,10
1,2,3,4,5,6,7,8,9,10
1,2,3,4,5,6,7,8,9,10
Trzy rzeczy na tym świecie skutecznie mnie uspokajają. Liczenie, papierosy i huśtawki. Liczyłam, liczyłam dopóki się nie wyciszyłam a moje myśli skupione były jedynie na ciągu liczb od 1 do 10. Nie mogłam jednak długo się cieszyć chwilą ukojenia gdyż do moich bębenków dotarł głos Justina.
-KINDER?!- zobaczyłam postać wychodzącą z samochodu. Zatrzymałam huśtawkę.
-A kto by inny?- zapytałam a moim ciałem owładnęła wściekłość. Wściekłość niczym nie określona, po prostu byłam zła na cały świat. Zaczęłam iść przed siebie ignorując nawoływanie chłopaka. Po chwili jednak jego silne ręce objęły mnie w talii.
-Uh, puszczaj do cholery!- warknęłam jednak on wziął mnie na ręce i zaniósł do swojego samochodu.
-Wracasz ze mną do tego pieprzonego domu!
-Piłeś.
-Ty też. I co w związku z tym?
-Piłeś, nie prowadź- milczał przez chwilę.
-Okej więc możemy w deszcz iść pieszo przez pięć kilometrów, co wolisz?
-Ja idę- odparłam hardo i wyrwałam się z jego objęć.
-Chyba żartujesz!- słyszałam jego krzyk, jednak ignorując to szłam dalej. Po chwili znalazł się tuż obok mnie.
Szliśmy w milczeniu. Chłopak zdjął bluzę i założył ją mi na ramiona. Podziękowałam i otuliłam się nią. Przeszliśmy pierwszy kilometr, a deszcz się nasilił.
-Poczekaj- powiedział, wyjął Iphone i włączył muzykę- Tak na rozluźnienie.
Po chwili z telefonu zaczęła lecieć melodia jednej z piosenek The Beatles.
-Nie wiedziałam, że słuchasz takiej muzyki.
-Wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz.
-Więc mi opowiedz.
-Innym razem.
-Nothing you can know that isn't known,
nothing you can see that isn't shown,
nowhere you can be that isn't where you're meant to be,
it's easy
Z czystej nudy zaczęłam cicho śpiewać. Po chwili dołączył się do tego Justin.
-All you need is love,
all you need is love,
all you need is love, love.
-Love is all you need.
Poczułam jego ręce na mojej tali. Mimo mrozu był rozgrzane i przyjemne gdy dotykały mojej skóry. Podniosłam lekko głowę, by spojrzeć w jego oczy. Nie mogłam odczytać ich wyrazu gdyż było ciemno i padało. Przyciągnął mnie do siebie bliżej, wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Słyszałam jedynie bicie jego serca, deszcz i cichą muzykę. Wokół nas nadal był las, chociaż byliśmy prawie na miejscu. Po raz pierwszy w życiu byłam tak blisko niego. W pewnym momencie otrząsnęłam się i odsunęłam o krok. Uśmiechnęliśmy się ostatni raz i jakby nigdy nic się nie wydarzyło ruszyliśmy dalej jednak mimo to moja klatka piersiowa nadal szybko się unosiła.
__________________
Szłam pustą ulicą prowadzącą do domu. Wyrwałam się z niego na chwilę by zaczerpnąć świeżego powietrza. Od ostatniej imprezy minęły dwa dni. Pogoda była piękna, słońce przebijało się przez korony drzew, delikatny wiatr rozwiewał wciąż moje włosy. Ptaki w oddali świergotały, jednak wyjątkowo nie denerwował mnie ten dźwięk. Idealnie pasował do tego miejsca późną wiosną bądź wczesną jesienią. W drobnych dłoniach trzymałam szkicownik. Wpatrywałam się w swoje dzieło. Duże, ogromne wręcz, płaczące wierzby nie daleko mojego domu, widoczne przez okno są narysowane ciemnym, grubym ołówkiem o trójkątnym przekroju. Uwielbiałam te drzewa. W pewnym momencie usłyszałam za plecami odgłos kroków, jednak nie moich. Stanęłam na chwilę, po czym ruszyłam dalej. Odetchnęłam z ulgą na widok bramy do mojego domu. Pchnęłam ją i z uśmiechem na ustach weszłam do domu. Rozchyliłam lekko usta na widok mojego ojca.
Po pierwsze miał wrócić za trzy tygodnie.
Po drugie i najważniejsze płakał.
Mój ojciec płakał.

