sobota, 6 lutego 2016

Life is hard- rozdział 7

Wstaję rano i widzę sufit swojego pokoju. Płakałam całą noc, nawet liczenie nie pomagało. Czułam się jak tamtej nocy dziewięć lat temu gdy moja jedyna przyjaciółka odchodzi. Siostra. Nadal nie mogę tego przeżyć. Zostawiła mnie dla faceta! Cieszę się, że jej ukochany nie żyje. Ma suka za swoje. Idę do łazienki i odpalam papierosa. Palę go szybko, jednocześnie czeszę się w niesfornego koka. Schodzę na dół i jak co rano widzę tam Justina próbującego coś ugotować. Jestem jedynie w bluzce odkrywającej pół tyłka i majtkach, jednak nie krępuję się. Nie jestem typem wstydliwej dziewczyny.
-Co jesz?- pyta jak zwykle bez żadnego powitania.
-Nic, nie jestem głodna. Gdzie jest sok?
-Wczoraj też nic nie jadłaś.
-Skąd możesz to wiedzieć? Miałeś wolne.
-Służące mi powiedziały. Siadaj do stołu.
-Nie- zakładam ręce na pierś.
-Co powiedziałaś?- warczy surowo i ciągnie mnie na swoje kolana.
-Puszczaj mnie- piszczę.
-Jak zjesz to zejdziesz.- patrzę na talerz, zrobił jakiegoś omleta.
Nie chętnie chwytam widelec i biorę kawałek do ust przeżuwając wolno.
-Fajkami pachniesz- stwierdza.
-Ty też nie śmierdzisz gównem, ale jakoś się nie skarżę- syczę pod nosem a on się napina. Wkurwiający chłopak z niego, jednak mimo wszystko gryzie się w język.
-Gdzie jest tata?- pytam po chwili ciszy.
-Pojechał po jakąś dziewczynę.
-Lillie- szepczę.
-Tak chyba miała na imię. Kto to jest?- pyta ciekawy.
-Moja starsza o osiem lat siostra.
-Ahh- drapie się nerwowo po karku.- Przypomnij, ile masz lat?
-Siedemnaście idioto. Dodaj to sobie, o ile to dla ciebie nie za dużo.
-Uważaj na słowo Kin, mam stalowe nerwy, ale do ciebie powoli brak mi cierpliwości
Prycham wściekła.
-Pozwolisz mi już odejść?- pytam.
Wciąż siedzę mu na kolanach, a on obejmuje mnie obiema rękoma w pasie bym nie mogła mu uciec. Kręcę się niecierpliwie i patrzę na omlet. Nie chcę jeść więcej, obawiam się skoku wagi. Nienawidzę tyć, Wcześniej nikt nigdy mnie nie pilnował co do jedzenia. Wcześniej miałam ochroniarzy, którzy byli ze mną tylko jak chciałam gdzieś wyjść. Od mojej ostatniej ucieczki z domu tata ponownie przydzielił mi ochroniarza i z bólem muszę przyznać, że Justin Bieber jest sprytny równie jak ja. Mieszka w moim domu, więc może mnie pilnować i niestety robi to sumiennie.
-Nie zjadłaś nawet połowy.
-Nie mogę już. Masz mnie tylko chronić, niech cię nie interesuje ile jem.
-Mam cię pilnować żebyś nic głupiego nie robiła. Kinder jesteś za chuda, zdecydowanie. Jedz to do końca, albo cię nakarmię.
Wzdycham ciężko i ponownie chwytam widelec. Jem w ciszy udając obrażoną.
-Ohh, ależ ty dojrzała.
-To nie ja jestem po dwudziestce. A mogę zjeść tylko do połowy?
-Mam się zacząć martwić?- odwracam zdezorientowana twarz w jego stronę i pytająco unoszę brew.- Chodzi mi o to, czy mam się martwić o to ile jesz. Ty praktycznie nie ważysz. Gdyby nie twój niewyparzony język zapomniałbym, że mam cię na kolanach. Nie, nie możesz zjeść połowy. Masz dziesięć minut by to zdjęć, albo cię nakarmię.
Ostatni raz wzdycham i już ostatecznie biorę się do jedzenia. Od kiedy on do cholery zrobił się taki opiekuńczy?
***
Reszta dnia mija dość spokojnie. Do wieczora nie wiele się dzieje, pozwalam Justinowi zaprosić jego najlepszego przyjaciela- Chaza. Justin ma prawo zapraszać tu swoich przyjaciół tylko za moim pozwoleniem, a bruneta bardzo lubię. Z resztą gdy oni siedzą w salonie mogę robić co chcę i mieć spokój we własnym pokoju. Bieber wchodzi co jakiś czas do mnie i sprawdza co robię. Ostatnim razem mu spieprzyłam, potem zostałam porwana, uratował mnie, bla, bla, bla. Jednak od momentu imprezy coraz lepiej się dogadujemy. Chłopak ponownie wchodzi do mojego pokoju, leżę na łóżku z telefonem.
-Sprawdzasz czy ci nie uciekłam?- pytam nie spoglądając na niego;
-Jeśli mam być szczery to tak. Chociaż usłyszałbym. Masz alarm w oknach.
-A mimo to udało mi się uciec kilka razy- uśmiecham się wrednie.
-Młoda nie chcę ci robić teraz awantury, więc po prostu się ucisz. Twój tata z siostrą będą za godzinę.
Napinam wszystkie mięśnie i zaciskam dłonie w pięści kiwając głową. On wraca do salonu a ja podrywam się z miejsca i zaczynam chodzić nerwowo po pokoju. Nie widziałam jej dziewięć lat, a teraz tak nagle z dnia na dzień ma u nas zamieszkać. Tata mówi, że to "tylko" dwa tygodnie. O czternaście dni za długo.
Mija nie cała godzina, siedzę z Justinem w salonie i udaję, że oglądam program w telewizji. Nagle słyszę jak otwierają się drzwi. Podrywamy się z siedzenia. Tata wpuszcza ją przodem. Nadal ma długie, zgrabne nogi, jednak z wiekiem urosły jej piersi i trochę przybrała na wadze. Wciąż ma jasne blond włosy, pełne, malinowe usta i zielone oczy. Za nią wchodzi tata, po iskierkach w jego oczach widzę, że jest szczęśliwy. W jej oczach widzę żałobę. Justin pochodzi, wita się z ojcem i jej się przedstawia. Ojciec jak to on, wychodzi do gabinetu.
-Na ile zostajesz Lillie?- pyta Bieber.
-Dwa tygodnie, potem przenoszę się do bezpieczniejszego miejsca. Nie chcę wam tworzyć zagrożenia.
-Spokojnie, nikt cię tu nie trzyma. Możesz wyjechać nawet dzisiaj- uśmiecham się wrednie w jej stronę a ona robi minę jakby dopiero co mnie dostrzegła.
-Kin, kochanie- widzę jak jej oczy się szklą, próbuje do mnie podejść jednak ja się odsuwam.
-Nie dotykaj mnie- warczę po cichu.
-Jesteś moją siostrą, to takie dziwne, że cię przytulę?
-Ja nie mam siostry!- krzyczę.
Korzystając z tego, że drzwi i brama są otwarte wybiegam z domu.
-KINDER!- wrzeszczy Justin.
Słyszę jak biegnie więc robię to samo. Wbiegam w ciemne ulice, które jednak znam jak własną kieszeń i po chwili jestem na opuszczonych torach. Ubrana w jeasny przed kostkę, Vansy i bluzę. Nie jest to odpowiedni strój na jesienny, chłodny, deszczowy dzień. Nie wiem ile czasu biegłam, gdzie jestem i jak daleko od domu. Nie obchodziło mnie to, nie chciałam tam wracać. Wolałam zdechnąć na tych torach. Póki co mam ledwo otwartą paczkę Marlboro i zapalniczkę. Robię więc z tego użytek i już po chwili zaciągam się dymem. Po dość długiej drodze siadam na wilgotnych torach i wybucham niekontrolowanym płaczem. Była taka piękna jak kiedyś. Jednak już nie tak szczęśliwa a jej widok nie przepełniał mnie już miłością.
Siedzę tu już na pewno jakiś czas, ale nie więcej niż dwie godziny. Marznę bardzo, jednak rozgrzewają mnie łzy. Słyszę kroki i nawoływania.
-KINDER!
To głos Justina, w oddali widzę jego niewyraźną sylwetkę. Podnoszę się i usiłuję mu uciec. Niestety jest za szybki. Przyciąga mnie do siebie z taką siłą, że boleśnie uderzam o jego tors i przytrzymuje moje ręce.
-Spierdalaj- warczę i próbuję się wyrwać, on ze spokojem wzmacnia uścisk i chyba czeka aż się uspokoję.
-Wracamy do domu Kinder.
-Nie wrócę tam, nie do niej. Wolę tu zamarznąć- krzyczę w jego stronę, on bierze mnie na ręce jak małą dziewczynkę.
Szarpię się jak nigdy się nie szarpałam. Niestety nie mam z nim szans, jest o wiele silniejszy. Po jakimś czasie poddaję się i uspokajam. otwiera drzwi od samochodu, zapina mój pas po czym zajmuje miejsce kierowcy.
-Dlaczego tak jej nienawidzisz?
-Mogę ci powiedzieć- olśniewa mnie- ale pod jednym warunkiem. Ty też mi szczerze odpowiesz na jakieś pytanie.
Zastanawia się chwilę po czym mówi:
-W porządku.
-Miałam osiem lat, zawsze ją kochałam bardzo mocno. Była moją siostrą i jedyną przyjaciółką. Przyszła do mnie w środku nocy a następnego poranka wyjechała bez pożegnania. Nie pojawiła się nawet na pogrzebie mamy- opowiadam z bólem.- Nigdy nie zadzwoniła, nie napisała. Rozważałam różne opcje, że nie żyje, jest śmiertelnie chora lub została porwana. Jednak prawda okazała się inna. Jest pewien gang, "Uncivil" największy wróg mojego taty. Porwali ją kiedyś, tam poznała jakiegoś faceta. Zakochała się i wyjechała, teraz gdy on zginął nagle pragnie nas wszystkich zobaczyć- z bólem zamykam oczy.- Nic nie mów, nie komentuj. Teraz moja kolej. Pełna szczerość?
-Jasne.
-Co się wydarzyło w twojej przeszłości przez co dziś jesteś członkiem jednej z najgroźniejszych mafii?