piątek, 14 sierpnia 2015

Life is hard- rozdział 2

Usłyszałam trzask żelaznego zamka. Natychmiast przybliżyłam się do betonowej ściany a moje ciało zaczęło się trząść.
-Kinder?- głos chłopaka rozbrzmiał w pomieszczeniu. Łzy zapiekły moje oczy.
-Justin? Zabierz mnie stąd!- wymamrotałam.
-Kurwa zawsze się musisz w coś wpakować- wziął mnie na ręce w stylu ślubnym i szybkim krokiem dopadliśmy do samochodu. Usadził mnie na miejscu pasażera sam wsiadając za kierownicę. Dalej nic nie pamiętam- zasnęłam.
***
Obudziłam się już w swoim pokoju, SWOIM łóżku i SWOIM domu. Otwierając powieki znów poczułam ból. Syknęłam ostro, dotykając żebra.
-Obudziłaś się.
-Jesteś jak jebany Sherlock Holmes, wiesz?- zakpiłam z chłopaka.
-Gdyby nie ja zginęłabyś- spojrzałam na niego swoimi brązowymi oczami.
-Nikt by specjalnie nie płakał.
-Nie, ale twój ojciec by mnie rozszarpał. Widzisz jak się kończy uciekanie.
-Ugh...nienawidzę cię.
-I vice versa Sweetie- warknął po czym odszedł.
Justin Bieber to najgorszy ochroniarz jakiego miałam. Z resztą każdy był okropny. Ojciec wciąż się upiera na to bym miała ochronę. Byłam tak wychowywana od najmłodszych lat. Matka starała się dać mi iluzję normalnego dzieciństwa, jednak po jej śmierci, którą dość ciężko przeżyłam pozostał mi tylko on. Ojciec. Nienawidziłam sposobu jakim uczył mnie na czym polega życie w tym świecie. Nauka samoobrony, strzelania, pełna obstawa. Na każdym kroku czyhali ludzie pokroju Peazer'a. Ludzie, którzy z przyjemnością porwą mnie by ojciec dał okup, cierpiał. Ten człowiek, z którym powiązana byłam więzami krwi był po prostu bezlitosnym mordercą...
Poderwałam się z łóżka i weszłam do toalety. Wyplułam krew z ust i wzięłam prysznic. Gorąca woda początkowo podrażniła moje ramiona jednak po chwili nie czułam nic poza ulgą. Po wysuszeniu się i ubraniu sięgnęłam po wódkę. Pociągnęłam zdrowy łyk i zamknęłam oczy.
Chcę zapomnieć...

* JUSTIN *
Wyszedłem z jej sypialni i gdy oddaliłem się kawałek moja pięść zderzyła się ze ścianą. Kurwa, taki ze mnie ochroniarz jak z świni baletnica. Nic z resztą nie poradzę, Grande naprawdę potrafiła dać popalić. W salonie siedział jej ojciec. Wysoki, umięśniony szatyn o czach ciemnych jak gorzka czekolada i surowej minie. Czasem mnie zastanawia jak dziewczyna drobna i delikatna <oczywiście jedynie fizycznie, z charakteru Kin to kawał suki > może się mu tak stawiać.
-Bieber... Zanim wyjdziesz- warknął swoim ostrym głosem i spojrzał do portfela, których zapewne miał około setki. Wyjął garść zielonych.- Zapłata, za ocalenie jej. Następnym razem, jednak gdy tylko spadnie jej włos z głowy...Zginiesz. Rozumiemy się?
Pokiwałem głową. Przyjąłem pieniądze, a oczy lekko rozszerzyły mi się gdy facet cofnął dłoń do tyłu po czym zaczął ją kierować w moją stronę.
Kurwa, tylko nie w twarz.
Ku mojemu zdziwieniu poklepał mnie po ramieniu.
-Dwa tygodnie a jeszcze nie pokazała na co ją stać.- roześmiał się jednym z tych śmiechów przyprawiających o dreszcz.
-Mogę się domyśleć.
-Powodzenia chłopie- odwrócił się i nalał sobie Whisky. Przyjąłem to jako pozwolenie na odejście i po chwili zniknąłem w swojej części domu. Pardome, willi.
Sięgnąłem po piwo. Otworzyłem je i usiadłem w skórzanym fotelu upijając połowę jednym łykiem.
Chcę zapomnieć...
______________________



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz